wtorek, 24 lipca 2012

Onimusha - Warlords

Przystań na chwilę. Uspokój oddech. Niech pot ściekający po twej twarzy wymiesza się z krwią, która ścieka ci po policzku. Policzku, który został przecięty ostrą Kataną twojego wroga. Widzisz go. Jest przed tobą, naśmiewa się z ciebie, drażni się z tobą. Prowokuje. Czy się skusisz? Czy masz wystarczająco dużo odwagi, by stawić mu czoła? Ale ty wtedy myślisz: „albo on albo ja”. Nie pozostawia ci to dużego wyboru. Zaciskasz obie ręce na swojej Katanie. W mgnieniu oka doskakujesz do przeciwnika i zanim zdążył on podnieść swój miecz do bloku, ty jednym sprawnym zamachem swego ostrza przecinasz go od szyi w dół. Patrzycie sobie w oczy. Widzisz, jakby w spowolnionym tempie, jak jego wzrok zmienia się. Jak ze wzroku kpiącego, dumnego samuraja staje się on potulnym, pogodzonym z losem, wzrokiem przegrańca. Widzisz jak jego ciało powoli upada, jak Katana powoli opuszcza jego dłoń i pada z głośnym trzaskiem na ziemię. Ale ty nie masz czasu. Niemal natychmiast za twoimi plecami pojawił się kolejny tchórzliwy samuraj, który gotów był cię rozciąć na pół w tej jednej chwili. Jednakże, twe demoniczne moce pozwoliły ci wyczuć zbliżające się zagrożenie. Odparowałeś cios. Kiedy szykowałeś się do wyprowadzenia swojego, twoje plecy przeszył ogromny ból. Zostałeś powalony na ziemię. Mierzący blisko dziesięć stóp potwór stojący za tobą przeciął cię swym długim mieczem. Nie miałeś szans tego zablokować. Wypluwając z ust ziemię i zaciskając dłoń na swojej wiernej Katanie wstałeś, by zabić demona… by uratować ją… twoją miłość. Sam. Naprzeciw całej hordzie potworów przywołanych prosto z czeluści piekieł. To będzie długa noc…

Noc która ty graczu powinieneś przeżyć na własnej skórze. Onimusha: Warlords zapoczątkowała serię jednej z najlepszych siekanek na PlayStation2 i sama wyznaczyła standardy w tym gatunku. Mimo że gra powstała niecały rok po premierze sprzętu, jest to niewątpliwi jeden z najlepszych tytułów na tą konsolę. Dlaczego to właśnie ona? Jeśli chcesz się dowiedzieć, czytaj dalej..

Zacznijmy może od historii. Ot, nic specjalnego – księżniczka w opałach, my jako dzielny samuraj Samanosuke wraz ze swoją towarzyszką broni wierną Kaede wyruszamy ją uwolnić. Banalne? Tylko pozornie. Po drodze dowiadujemy się przerażającej historii na temat tego, dlaczego księżniczka Yuki wzbudziła zainteresowanie złych ludzi i co chcą z nią zrobić. Odkrywamy mroczne tajemnice klanu Oda, ich eksperymenty z demonami i… no właśnie. Demony. Kiedy na początku gry udaje nam się odnaleźć księżniczkę, zostajemy zaatakowani przez Genmę Osrica, gigantycznego demona. Nasz bohater honorowo staje w obronie księżniczki, lecz jest za słaby, by cokolwiek zaradzić i pada po jednym ciosie. Księżniczka zostaje porwana, a my zostajemy odwiedzeni przez 12 demonów. Demonów, które mają dość panowania Genmy i wyznaczają nas do zabicia go i uwolnienia księżniczki. Być może nie jest to jest historia, która zaskakuje oryginalnością i wielowątkowością. Ale jest ona dobre na tyle, żeby przykuć twoją uwagę, graczu, i nie pozwolić ci szybko odejść od telewizora.

Kwestia, która oprócz fabuły wpływa bezpośrednio na odbiór gry to sam gameplay. Bo co jeśli gra zawiera wspaniałą fabułę, a po prostu nie da się w nią grać? Postaram się go wam przybliżyć i zacznę może nietypowo od wad. Kiedy podnosimy dziś kontroler siadając przed jakąkolwiek grą nasz lewy kciuk instynktownie ląduje na gałce analogowej. Co jest standardem od prawie dekady – większość gier dzisiaj obsługujemy gałkami, nie ważne, czy to wyścigi, strzelanki, proste gierki logiczne. W Onimushy natomiast… postać kontrolujemy d-padem. Z początku może się to wydawać dziwne, ale wystarczy pięć minut by nie odczuć tego zbytnio, nasza postać porusza się tak jakbyśmy chcieli, zapominamy o tym że trzymamy kciuk w nie do końca naturalnej pozycji, a po dziesięciu minutach… stwierdzamy że tak jest lepiej. Naprawdę, krzyżak w DualShocku2 został stworzony wręcz idealnie i nie męczymy się grając w grę, w której trzeba być w ciągłym ruchu. Poza tym jednym aspektem sterowanie jest dobre. Czemu tylko „dobre”? Ano dlatego, że Capcom skorzystał ze swojego autorskiego, dziwnego moim zdaniem, systemu sterowania wprost z pierwszych Residentów, Sillent Hill. Chodzi o poruszanie się do przodu i tyłu naciskając odpowiednio górę i dół na d-padzie, a obracaniu postaci wokół własnej osi za pomocą przycisków lewo/prawo. I nie zrozumcie mnie źle – przez 90% czasu to sterowanie sprawdza się i działa poprawnie, na dodatek mamy przycisk szybkiego obrotu za siebie pod R2, oraz gardę pod L1, która blokuje prawie wszystkie ciosy wyprowadzane z każdej pozycji. Pozostałe 10%... cóż. O ile gra jest prostym button masherem i jeśli czasem się pomyśli, to trudno w tej grze jest zginąć, tak jeśli staniemy przeciwko dość wymagającym przeciwnikiem, nie zostawiając sobie wiele punktów życia czy magii, staniemy się szybko ofiarą tego przestarzałego systemu. W panice zaczniemy próbować uciekać wstecz, lecz to nie pomoże, bo instynktownie ustawimy się równolegle do ściany, próbując użyć wyuczonych wzorców z normalnego sterowania, gdzie każdy kierunek na d-padzie odpowiada kierunkowi na ekranie, nie postaci. Więc, jeśli to zawali, będziemy próbować utrzymać gardę. A co jeśli przeciwnik przełamie naszą obronę? Game over, cofamy się do ostatniego save pointa. Frustrujące, jednakże przez większość czasu jest okej. W samej grze natomiast mamy dostępny dość potężny arsenał broni. Mamy 3 rodzaje naszych głównych broni – dwie potężne Katany o żywiole pioruna i ognia, oraz Naginatę (japońską włócznię) o właściwościach wiatru. Każde z nich ma ulepszane ogólne statystyki i atak specjalny do maksymalnie poziomu trzeciego. Jako że nie jest to gra długa, liczba ta jest idealna. Oprócz tego mamy do dyspozycji łuk i broń palną z amunicją odpowiednio normalną i ulepszoną. I ostatecznie, nasi przeciwnicy są idealnie wyważeni. Na samym początku wyzwaniem dla nas będą poczciwi piechurzy, lecz po ulepszeniu naszego arsenału będziemy ich ciąć kilkoma prostymi ciosami. Ale wraz z naszym progresem, na naszej drodze pojawią się coraz to bardziej wymagający przeciwnicy. Nie są oni może najtrudniejszymi przeciwnikami z jakimi kiedykolwiek się zmierzymy, lecz ich pokonanie może napsuć trochę krwi. I o to właśnie chodzi w grach. Wyważony, rozsądny poziom trudności. Taki, w którym jeśli przegramy to tylko przez własny niedobór umiejętności, nie przez: „ta pieprzona gra oszukuje!”. Twórcom udało się idealnie wyważyć poziom trudności, za co im chwała.

Oprawa audiowizualna gry stoi na wysokim poziomie. Grafika jest świetna, mimo że gra jest, krótko mówiąc, stara i nie zawiera jakiś wielkich fajerwerków graficznych, to pomieszczenia w których przyjdzie nam się zmierzyć są starannie dopracowane, nasi przeciwnicy są bogaci w szczegóły, trudno się doczepić do czegokolwiek. Może jedynie czasy ładowania się kolejnych ekranów czy nawet ujęć kamery nie są tak szybkie jakbyśmy tego chcieli, ale być może to wina tego, że ze względów oszczędnościowych grałem z dysku… laptopa podłączonego kablem UTP do konsoli. Kwestia, która zaniża ogólny odbiór gry, jest kwestia udźwiękowienia. Nie zrozumcie mnie źle, gra jest dobra pod tym względem, ale widać zauważalne braki. Dubbing postaci jest dobry jak na tak wczesny tytuł na czarnulę (chwała bogu, że to nie jest Final Fantasy X i „epicki” dubbing Yuny, której śmiech powoduje nocne koszmary…), odgłosy broni, postaci i innych są w porządku ale brakuje.. muzyki w tle. To znaczy, przez większość czasu jej nie ma, czasem pojawi się budująca nastrój grozy. Nie wiem co próbowali stworzyć twórcy, grę w stylu horroru, ale się rozmyślili? Taka siekanka aż prosi się o jakiś nastrojowy metal w tle, nie o ciszę budzącą nastrój grozy w stylu Silent Hilla, gdzie nie wiadomo co nam wyskoczy za rogiem, a przecież nie o to w tej grze chodzi.

Podsumowując, tytuł ten jest jednym z must-have na PS2. Szybka akcja, dobra fabuła, wyważony poziom trudności, nie odpychająca oprawa graficzna… twórcy stworzyli naprawdę dobry tytuł i średnia ocen GameRankings na poziomie 84% tylko to potwierdza. Osobiście daje temu tytułowi mocną 9 w swojej skali ocen, ponieważ zakochałem się w tej grze od pierwszego pokonanego przeciwnika… jak już tylko ogarnąłem nieco irytujące sterowanie. Myślę że to, oraz czas przejścia gry, który na upartego wyniesie mniej niż 5 godzin, sprawiło że nie jest to tytuł na „dychę”. Co prawda można przejść grę po raz kolejny na wyższym poziomie trudności i chociaż osobiście nie jestem zwolennikiem przechodzenia gier kilka razy, to Onimusha ma w sobie to coś, co sprawia że chce się wrócić… w każdym razie, ja uciekam skrócić kilka demonów o głowę.

Grywalność – 9+/10
Grafika – 9/10
Dźwięk – 7/10

Ogółem – 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz