niedziela, 27 grudnia 2015

Recenzja Just Cause - Xbox

Otwierając oczy widzisz otwarte drzwi helikoptera. Po chwili spędzonej na dumaniu dociera do ciebie dźwięk śmigła, który tak bardzo starałeś się wygłuszyć siłą woli. Na próżno.
„Cholera, nie zniosę tego dłużej” - myślisz w duchu. Zapala się zielona lampka. Wreszcie, kurwa. Zabierasz spadochron. Garść granatów. Karabin i magazynki. Dziewiątkę na zaś. Bez zbędnych ceregieli rzucasz się w otchłań.
Uwielbiasz to uczucie, gdy wiatr napiera na twoja twarz tak mocno, ze wciska twoje gałki oczne wgłąb czaszki. Przymrużasz oczy i powoli dostrzegasz ląd. Jeszcze trochę… jeszcze trochę chcesz poczuć tej adrenaliny. W końcu odpalasz spadochron. Wiatr ustaje. Nie jest już tak agresywny, a ty masz chwilę by rozejrzeć się po tropikalnej wyspie, na którą cię wysłano. Robi wrażenie… Po chwili opadania lądujesz w strefie zrzutu. Idealnie. Jak zawsze. Jednakże nie masz czasu na podziwianie widoków czy kontemplowanie swoich dokonań. Zewsząd nagle otacza cię lokalna milicja, która jakby oczekiwała twojego przybycia… Uśmiechasz się lekko, posyłasz w ich kierunku parę granatów oraz serię z karabinu. Napastnicy giną od twojej radykalnych argumentów. Kradniesz jeden z motocykli pozostawionych przez nich i uciekasz byle przed siebie. Dlaczego? Just Cause.


Nie było chyba gry, która tak bardzo podzieliłaby Internetową społeczność. Najnowszy Just Cause 3, z jednej strony jest najbardziej efekciarską i satysfakcjonującą grą, jaka wyszła do tej pory, z drugiej jednak jej blask zostaje przyćmiony przez problemy z kompatybilnością czy monotonnością rozgrywki… jednakże, ja nie o tym. Przynajmniej nie tym razem. Cofnijmy się o prawie dekadę wstecz… Xbox 360 zdobywa serca graczy kosztem zaskakująco cienkiego Playstation 3, Rockstar traci miliony dolarów na aferze związanej z modem Hot Coffee, a Avalanche Studios prawie popełnia samobója produkując Just Cause. Koniec końców, wyszli na prosta. Choć było blisko. Jak blisko? Przekonacie się po lekturze.

Pierwszy Just Cause opowiada nam historię Rico, który ma za zadanie obalić reżim prezydenta wyspy tropikalnej o nazwie San Esperito. Od misji do misji, od zadania do zadania… Brzmi banalnie prawda? Gra jest sandboxem. Nie mamy z góry nałożonego celu rozgrywki. Dziś jest to norma. Prawie każda gra akcji posiada otwarty świat… lecz dziesięć lat temu tylko nieliczne gry decydowały się na taki manewr. Ograniczenia sprzętowe nie pozwalały zachować odpowiedniego balansu między posiadaniem ciekawego otwartego świata i jednocześnie równie interesującej i dopracowanej rozgrywki i nielicznym się udawało znaleźć idealny kompromis. I Just Cause zawiódł. W obu aspektach. Mamy, bowiem do czynienia z grą, która posiada ogromny świat. Jak na możliwości konsol z ery Xboxa i PS2 jest to świat wielki. Lecz niestety – wieje nudą. Nie żeby graficznie odstawał zbytnio, choć o tym dokładniej jeszcze wspomnę, ale krajobrazy, miasteczka czy tereny są po prostu biedne. Nie ma zbytnich urozmaiceń, nie ma wiele unikalnych budynków. Przerost formy nad treścią. Naprawdę, nie potrzebowaliśmy mapy wielkości dwóch stanów San Andreas z GTA o tym samym tytule. Duże przestrzenie nie są problemem… jeśli mechanika gry pozwala je wykorzystać. GTA: SA znalazło balans – Okej mamy dużą na pozór mapę, ale jak wsiądziesz w auto i pojedziesz autostradą objedziesz cały stan w kilkanaście minut. Dlatego że po pierwsze, mapa wcale nie jest taka wielka, po drugie jeździ się całkiem przyjemnie… w Just Cause mamy mapę za wielką i za pustą. Oraz pojazdy prowadzą się fatalnie! Są zbyt sztywne, za wolno przyspieszają, nie dają w ogóle przyjemności z jazdy. Pamiętacie jak w GTA:SA z przyjemnością bawiliście się w kaskaderów, obnażając fizykę gry wylatując motocyklem na dwadzieścia metrów w górę? Zapomnijcie o czymś takim w Just Cause, z przykrością musze stwierdzić, że gra ze swoją fizyka oscyluje gdzieś w granicach obecnego zalewu tanich symulatorów koparek, wózków widłowych, śmieciarek czy cokolwiek, co wyszło spod ręki autystycznych niemieckich programistów. Mówiąc to, nie mam na myśli wszystkich środków transportu, bowiem sterowanie łodziami jest jednym z najlepszych, które widziałem w jakichkolwiek gra – płynie się po prostu bardzo dobrze. Również pojazdy latające nie są udręką, ale co z tego, jak żeby dostać do nich swobodny dostęp, trzeba przejść kawał gry, a pojazdy naziemne są smutną koniecznością.

Czemu wiec Just Cause zawodzi? Bo jest tak bardzo różny od genialnej moim zdaniem dwójki, jednocześnie… szalenie mało oryginalny. Gra jest monotonna do bólu. I nudna. Misje, które robimy zazwyczaj opierają się na zasadzie: dotrzyj do miejsca rozpoczęcia misji, następnie dotrzyj do punktu kontrolnego misji, zacznij misję, czyli zabij wszystko, co się rusza, ucieknij sam, ewentualnie z jakimś więźniem do punktu kontrolnego i udaj się na miejsce podsumowania. I nasuwa się pytanie: czemu przy tak badziewnej fizyce jazdy, musimy 70% czasu misji spędzać za kółkiem? Okej, gdyby to jeszcze dawali nam jakiś pojazd. Ale nie, masz miejsce rozpoczęcia misji dwa kilometry stąd, radź sobie. Och, zabiłeś wszystkich? Dotrzyj do miejsca sprawozdania, trzy kilometr dalej. I tak wiem, mamy do wybrania system zrzutu, ale nie mamy do niego dostępu z początku gry. To męczy. Szczególnie, że walki również nie są jakieś efektowne. Ot, mamy kilka beczek z benzyną, kilka materiałów łatwopalnych, które możemy wysadzić podczas losowego strzelania we wszystkich. I to wszystko. Gra nie stara się wprowadzać niczego nowego do utartych schematów, mało tego, ucina te, które funkcjonowały prawidłowo!

Graficznie jest biednie. Ja wiem, że Xbox to maszyna, którą nowoczesny smartfon zjada na śniadanie, ale przecież wychodziły na nią takie piękne tytuły jak Fable, Dead or Alive 3 czy Ultimate, Forza… A zanim Microsoft postanowił wypuścić wcześnie swojego Xboxa 360, pierwsze wersje beta Dead Space czy Gears of Wars odpalane były właśnie na poczciwym Xboxie. Więc nie ma usprawiedliwienia, ze gra wygląda aż tak słabo. Tereny są puste, tu jakieś drzewka, tam jakies domki… zero urozmaiceń. Wybuchy są średnie, odbicia w wodzie widziałem lepsze w 2001 roku, pojazdy również nie zachwycają. Myślę, że najwięcej mocy poszło w geometrię terenu. Tak, to nie żart. Ciągle mamy jakieś góry, pagórki, wzniesienia czy opady… ciężko znaleźć jeden równy kawałek terenu. Czy te detale potrafią zeżreć mocy na tyle, by gra musiała zostać obcięta z innych elementów by działać płynnie? Pewnie nie, ale zawsze to jakieś usprawiedliwienie.
Udźwiękowienie… o boże, udźwiękowienie! Podczas swobodnej jazdy mamy jeden i tylko jeden zapętlony nieskończenie dziwny bit. Odgłosy broni, wybuchów są okej, w porządku, dialogi zdubbingowane prawidłowo, ale ta cholerna „muzyka” sprawia, że chciałem sobie wyrwać bębenki uszne drutem kolczastym! Dobrze, że da się ją wyłączyć.

Więc czemu mimo tylu wad Just Cause spłacił się na tyle, bo jego twórcy mogli wytworzyć perfekcyjny wręcz sequel? Być może wielkość mapy. Jeśli odblokujemy helikopter każdy kawałek świata gry możemy zwiedzić od ręki, bez potrzeby przechodzenia żmudnych misji. A świat jest wielki i ciekawie zrobiony. Detale rażą, ale ogół jest dość dobrze zaprojektowany. Być może mechanika gry, wszakże przeciwników posyła się do piachu bardzo wygodnie, nie czuć, by gra była sztywna. Szkoda tylko, że spartaczyli tak bardzo pojazdy lądowe, które na początku gry są niezbędnym środkiem transportu.

Czy gra może się dziś podobać? Absolutnie nie. Mechanika się zestarzała i w porównaniu do genialnej dwójki i niemal perfekcyjnej trójki moim zdaniem skok jakościowy jest większy od tego, jakie zrobiło GTA V w porównaniu do GTA III. Czy gra mogła się podobać 10 lat temu? Z braku dobrych i dużych sandboxów, dla kogoś, kto po prostu chciał się pobawić grą… być może? Choć wtedy wyszedł o wiele lepszy sandbox o nazwie Scarface, gdzie pojazdy zachowywały się tak jak powinny, gra miała bardzo dobrą grafikę, oraz wprowadzono wiele ciekawych opcji, których brakuje w grach do dziś. No i grało się samym Tonym Montaną. A pierwszy Just Cause? Zostanie zapomniany ze względu na dwa wybitne sequele. I może lepiej niech tak zostanie.

Grywalność – 7
Grafika – 7
Dźwięk – 4
Ogółem – 6

Ogólna ocena nie jest średnią arytmetyczną reszty poszczególnych ocen, a raczej subiektywną oceną recenzenta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz